W świat!

Hagia Sophia – jak wygląda i co się zmieniło po przekształceniu w meczet?

Autorem tekstu i wszystkich zdjęć jest Tomasz Kania – arabista, pasjonat wielkich miast i architektury muzułmańskiej. Przez wiele lat pracował w Kairze. Mieszkał m.in. w Turcji i Libanie.

Legenda głosi, że gdy Hagia Sophia została ukończona, cesarz Justynian stanął przed nią i zakrzyknął: „ha, Salomonie, przewyższyłem cię!”. Zbudowawszy ją, cesarz uznał siebie za potężniejszego od człowieka uznawanego za największego króla w historii, króla, który rozmawiał z samym Bogiem.

Od początku była to budowla-symbol, pomnik wystawiony przez i dla ludzkiego geniuszu, potęgi i władzy, ale również jako świadectwo oddania się Bogu. Od samego początku miała też coś udowadniać.

Choć wiadomość o ponownej zamianie świątyni na meczet zaniepokoiła mnie, idąc do niej pierwszego dnia października starałem się nie nastawiać do tego, co zobaczę: ani pozytywnie, ani negatywnie. Zdawałem sobie sprawę, że nie zobaczę tym razem przepięknych marmurowych posadzek, przykrytych meczetowymi dywanami, wyznaczających każdemu jego miejsce w szeregu.

Miałem jednak nadzieję, że zgodnie z obietnicą prezydenta Turcji, pozostałości po tysiącletnim okresie funkcjonowania budowli jako kościoła, przede wszystkim mozaiki, odsłonięte po decyzji 1934 roku o zamianie jej na muzeum, nadal będą dostępne dla zwiedzających. Perspektywa zobaczenia jednego z moich ukochanych budynków w nowej funkcji była raczej ekscytująca.

Azan

Już dostać się na plac przed Hagią Sophią stanowi nie lada wyzwanie. W związku ze zwiększonymi środkami ostrożności (ale nie ze względu na zamianę świątyni na meczet), cały teren pomiędzy Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem jest otoczony policyjnymi bramkami, a wejście na plac między meczetami odbywa się po bardzo drobiazgowej kontroli osobistej. Kiedy wchodziłem na plac była pora modlitwy. Z minaretu przy Hagii Sophii popłynął mocny, zdecydowany głos muezzina: „Bóg jest wielki”. Skończył pierwsze wezwanie i… cisza. Nagle, z przeciwległej strony placu, odezwał się drugi głos: „Bóg jest wielki” – zawołał muezzin Błękitnego Meczetu i… znów cisza, którą po chwili wypełnił pierwszy wołający.

Niby zwyczajna sprawa: w końcu jestem w kraju muzułmańskim, jest pora modlitwy, więc słychać azan z meczetu. Coś jednak się nie zgadzało. Po chwili doszło do mnie, co było nie tak: mimo że byłem w historycznym centrum Stambułu, gdzie meczetów jest jak kościołów na Starym Mieście w Krakowie, azan było słychać tylko z tych dwóch miejsc. Zwykłą kakofonię przeplatających się głosów muezzinów, wołających z każdej ulicy zastąpiła cisza, przerywana naprzemiennym, nienagannie wyreżyserowanym recitalem dwóch solistów.

By podkreślić przywrócenie Hagii Sophii statusu meczetu i wyeksponować go na dźwiękowej mapie miasta, wygłuszono wszystkich innych pomniejszych muezzinów w okolicy. Pewnie, że dla zachodniego ucha przepiękne sola naprawdę utalentowanych muezzinów dwóch głównych meczetów są przyjemniejsze, niż narastająca, nacierająca ze wszech stron fala azanu, wydobywającego się z piętnastu różnych meczetów na raz. Nie można było odmówić piękna tej chwili.

Nie mogłem się jednak pozbyć uczucia, że oto uczestniczę w wyreżyserowanym spektaklu.

Wejście

Podział przestrzeni wewnątrz meczetu na strefy dla modlących się i odwiedzających nie jest niczym wyjątkowym w Stambule. Spotkamy się z nim w większości najważniejszych obiektów, przeważnie wielkich, sułtańskich meczetach, które odwiedza najwięcej turystów. W takim wypadku jedno z wejść do meczetu, przeważnie boczne, jest przeznaczone dla zwiedzających, do dyspozycji których oddana jest przestrzeń najbardziej z tyłu meczetu, przeważnie około ¼ całości.

Do kościoła Mądrości Bożej wchodziło się od strony zachodniej, poprzez obecnie nieistniejący krużgankowy dziedziniec. Jednak od VI wieku sporo się zmieniło w topografii okolicy. Dziedziniec zlikwidowano, a do meczetu Aya Sofa wchodziło się od południa, od strony dzisiejszego placu. Tam też został zbudowany şadırvan: fontanna do ablucji.

Do muzeum Hagii Sophii wchodziło się wejściem kościelnym, a wychodziło meczetowym, gdzie zwiedzających żegnała jeszcze mozaika z X wieku, przedstawiająca Maryję z Jezusem i cesarzami Konstantynem i Justynianem, ofiarowującymi jej odpowiednio miasto i jego główną świątynię. Wraz z ponowną zamianą funkcji budynku na meczet, przywrócono też meczetowe wejście do niego. Tą część dawnego muzeum można teraz oglądać wyłącznie przez ogrodzenie, wchodząc na teren meczetu. Przestrzeń przed wejściem jest też obecnie wykorzystywana do organizacji konferencji z udziałem wielkiego muftiego. Wtedy policja surowymi spojrzeniami w ogóle zniechęca do patrzenia w tamtą stronę, kiedy turyści kierują się w stronę wejścia od strony zachodniej.

Wejście na teren meczetu nie jest już biletowane. Miejsce kasy biletowej zastąpił sprzedawca papierowych szlafroków w pięknych jaskrawych odcieniach różu. Z tymi spotkamy się jeszcze za chwilę.

Lotniskowe barierki i biała plansza

Wchodzę, narteks zewnętrzny, mój wzrok pada na kolejne przęsła ceglanego sklepienia, ściany, aż w końcu dociera do podłogi, na której stoją słupki z taśmą, jak na lotnisku wydzielając wąski pas do przejścia dalej i powagą swojej solidności bronią dostępu do przedsionka. To wszystko trwa zaledwie trzy kroki, tyle ile potrzeba, by dostać się do narteksu wewnętrznego, przed cesarskie drzwi, nad którymi wita wchodzących… biała płachta.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej przywitałby mnie tam cesarz, oddający pokłon Chrystusowi, po którego dwóch stronach w medalionach przedstawieni byli Bogarodzica i Archanioł Gabriel. Pierwszy bardzo mocny zawód tego dnia. Opiekunowie meczetu uznali najwyraźniej, że nie może tak być, żeby pogański, wrogi król witał wchodzących do tego symbolu podporządkowania sobie tej części świata przez Osmanów.

W wewnętrznym narteksie wchodzącym pozostawiono miejsca niż w zewnętrznym. Musiało tak być, żeby ludzie mogli zdjąć buty, zanim wejdą do wyściełanej dywanem nawy głównej i położyć je na półkach, które pojawiły się pod ścianami częściowo zasłaniając marmurowe okładziny układające się w fantazyjne, symetryczne, kalejdoskopowe wzory. Zdejmując sandały zacząłem się rozglądać: południowa strona narteksu jest dostępna tylko dla modlących się i prowadzi do wejścia dla nich, natomiast północna, z której wchodziło się schodami na galerie otaczające nawę główną… jest zupełnie wyłączona z użytku. I mimo że nie chciałem przyjąć do wiadomości, że nie ma wstępu na galerie, powtarzając sobie w myślach, że może nie zapamiętałem dokładnie, że może jest tam inne wejście, powoli docierała do mnie smutna rzeczywistość. Nie ma już możliwości zobaczenia słynnego deesis i innych, fundowanych przez cesarzy i cesarzowe mozaik, marmurowych drzwi, inskrypcji wikingów.

Nie ma już możliwości skonfrontowania swojej małości z ogromem panelu z wykaligrafowanym imieniem jednego z wnuków Proroka. Nie można już spojrzeć z góry, by objąć wzrokiem przestrzeń głównej nawy. Nie można. Zamknięte. Proszę się nie zastanawiać, tylko iść dalej. Przejście prowadzące na schody na górę można zobaczyć tylko poprzez otwory kratowanego przepierzenia.

Popędzany widokiem kolejnej wycieczki, wchodzącej właśnie do narteksu, odkładam sandały na półkę i wchodzę do środka.

Smutek

Nie bez powodu Hagia Sophia była uważana za Osmanów za architektoniczny wzór, który chcieli swoimi budowlami naśladować i z którym jednocześnie chcieli konkurować. Architekci kościoła zdołali stworzyć przestrzeń niezwykłą, porażającą swoim ogromem od momentu przekroczenia progu, kiedy to niemalże od razu staje przed oczami wchodzącego cały ogrom kopuły, zawieszonej tak wysoko, że nawet dziś widok ten zapiera dech w piersiach. Wzrok patrzącego, oszołomiony ogromem doznań, nie mogąc z początku objąć całości, zaczyna biegać po żebrach kopuły, jej podstawie, ścianach, dochodząc w końcu do ziemi.

Pierwsza myśl: dobrze tu być. Pojawiają się jednak kolejne. Niby wszystko wygląda znajomo, ale po chwili zaczynam dostrzegać kolejne zmiany. Przede wszystkim od razu rzuca się w oczu morze dywanu w jednym z odcieni niebieskiego, po którym boso stąpają tłumy odwiedzających. Rusztowanie, po północnej stronie nawy głównej, przez którego pajęczynę rur jeszcze do niedawna można było dostrzec trwające prace konserwatorskie, zostało przykryte bordową płachtą z wypisanymi koranicznymi wersetami. Przez to ma się wrażenie, że w największym kościele Bizancjum jest… ciasno.

Płachty na rusztowaniu z inskrypcjami z Koranu

Idąc przez nawę główną można zapomnieć, że żyjemy w czasach pandemii. Jednak to nie otaczający nas majestat 1500-letnich murów powoduje to zapomnienie, a raczej konieczność torowania sobie drogi, jak na warszawskiej stacji Centrum w okolicy popołudniowego szczytu w czasach przed covidem.

Nie zważając jednak na to lawiruję między biegającymi dziećmi i robiącymi sobie zdjęcia i w końcu przedostaję się do przodu, aż kolejny raz zatrzymuje mnie powaga lotniskowych barierek z taśmą, rozstawionych na linii stopnia, który oddzielał nawę od absydy. Za nimi jest przestrzeń tylko dla modlących się, których kilkanaście, zachowując przepisowe odstępy, próbuje swoje modlitwy przemycić poprzez harmider nawy głównej do nieba. Dwa światy, my i oni, rozdzieleni taśmą i aluminiowymi słupkami – barierą nie do pokonania.

Podnoszę głowę, żeby tylko utwierdzić się w smutku, który nie opuszcza mnie od wejścia do kościoła. Główna mozaika absydy, słynna Maria z Dzieciątkiem oraz ta zachowana na poprzedzającym ją łuku zostały zasłonięte przez białe kotary. Nie mając czego szukać w górze odwracam się i zauważam, że jednak nie cała posadzka została przysłonięta dywanami. Pozostawiono odkryty kwadrat posadzki, szczególnie bogato zdobiony okrągłymi, różnokolorowymi płytami marmuru – miejsce koronacji cesarzy. Wyspa w morzu dywanów. Mała lampka w tym coraz bardziej ciemniejącym obrazie. Zrezygnowany, przepychany z miejsca na miejsce przez turystów, szukających najlepszego tła do selfie kieruję się w stronę biblioteki osmańskiej, wydzielonej złotą kratą z północnej nawy, tylko po to, żeby zostać zatrzymany przez kolejne balaski, oddzielające strefę tylko dla modlących się.

Odsłonięte miejsce koronacji cesarzy

Niezwykły kunszt osmańskich kowali, precyzję mozaikowych dywanów sklepień bocznej nawy – to wszystko można teraz zobaczyć tylko w albumach i internecie. Północna nawa również jest zarezerwowana tylko dla wiernych. Zamknięte są balkony, zamknięte narteksy, niedostępne nawy boczne. Zwiedzającym zostaje tylko główna przestrzeń świątyni, a w zasadzie tylko jej część nie zajęta przez rusztowanie. W największym kościele starożytnego świata zrobiło się bardzo ciasno.

Przysiadam na stopniu, żeby chwilę odpocząć. Jeszcze raz wodzę wzrokiem po przestrzeni nawy, zatrzymując się w newralgicznych punktach. Twarze sześcioskrzydłych aniołów na pendentywach głównej kopuły, odkryte pod koniec XIX wieku i odsłonięte w 2009 roku znów zostały zakryte złotymi dyskami. Wydawać by się mogło, że nowi kustosze tego miejsca zadbali, żeby na modlących się nie spoglądały ze ścian już żadne oczy, jednak trudno tu mówić o konsekwencji. Kilka portretów biskupów, odkrytych w niszach północnej ściany nawy nadal patrzy przed siebie niewzruszonym wzrokiem. Może oszczędzono ich, bo tak naprawdę trudno ich dostrzec i na pewno nie są tego w stanie zrobić zabłąkani turyści.

Zagubieni, szukający siebie turyści

Gdy siedziałem na stopniu, z boku głównej nawy ogarniał mnie coraz większy smutek. Smutek z powodu tego, co zobaczyłem i jeszcze większy chyba z powodu tego, czego nie zobaczyłem.

Powoli zaczynało do mnie jednak docierać, że to jednak nie to najbardziej mnie zasmuca, wkurza i denerwuje. Od wejścia muszę się przeciskać między zastygłymi ścianami grup czekających na zdjęcie, lawirować między zapatrzonymi w telefony fotografami, robiącymi kolejne zdjęcia swoich kolegów i koleżanek, które za moment trafią na któryś portali społecznościowych, ustępować miejsca nie dlatego, że ktoś chce przypatrzeć się fragmentowi mozaiki (te przecież są zakryte), ale dlatego, że ktoś stwierdził, że akurat moje miejsce będzie dla niego najlepszym tłem. Feeria pstrokatych papierowych szlafroków. 1500-letnie mury, posadzki, po których stąpali cesarze i sułtani, mozaiki, kaligrafie, marmury i… papierowe pstrokate szlafroki: szeleszczące, choć miejsce modlitwy wymaga ciszy, mające zakrywać nagość, która mogłaby rozpraszać, a tymczasem nieustannie opadające jego poły odkrywają skąpe letnie stroje i nagość opalonych ciał. Młode dziewczyny i chłopcy uchylający co chwilę swoje papierowe szlafroki i rozmodleni wierni, klęczący metr dalej.

Hagia Sophia A.D. 2020.

Nie chcę oceniać nikogo religijności, jednak patrząc na tą scenę, setki zwiedzających, harmider, trudno mi było zrozumieć, dlaczego ktoś chce się modlić akurat w tym miejscu w tym czasie. Mam wrażenie, że to tak jakby chcieć się modlić w Bazylice Mariackiej w Krakowie w słoneczny wakacyjny dzień około południa. Można, w końcu po to są świątynie, żeby się w nich modlić, nie są to chyba jednak optymalne do tego warunki.

Patrząc na tłumy przybyłe do Hagii Sophii pomyślałem jeszcze o jednym: można by się spodziewać, że będąc w jednym z najwspanialszych budynków kiedykolwiek postawionych przez człowieka jest na co popatrzeć, jest co podziwiać, jest nad czym się zastanowić. Mimo to prawie wszyscy wpatrzeni byli wyłącznie w siebie. Gdzie się ustawić, żeby zrobić selfie, żeby tło było jak najbardziej oryginalne, jak się uśmiechnąć, jak stanąć, czy dobrze wyszło? To może jeszcze raz i jeszcze. Ach, już wychodzimy. I kolejni. Tłumy przechodzą nawę wzdłuż i wszerz, pod każdą kolumną szukając wyłącznie siebie. Jakby się zgubili i próbowali tam znaleźć. Mam przy tym dziwne wrażenie, że nie zobaczywszy i nie przeżywszy przestrzeni, w której byli, nie znaleźli tam też siebie i będą szukać dalej w kolejnych miejscach.

Można być w środku jednego z najwspanialszych miejsc na ziemi i zupełnie go nie zauważyć. Nadal być skupionym wyłącznie na sobie.

Hagia Sophia kolejny raz w swojej historii ma coś udowodnić. Zdaje się, że według tureckiego prezydenta ma udowodnić Turkom, że są dumnym narodem, którego mocarstwowa przeszłość jeszcze powróci i nie muszą liczyć się z innymi.

Przy okazji jednak udowadnia też nam wszystkim, jakim słomianym ogniem zapłonęło oburzenie części świata i organizacji zajmujących się dziedzictwem z powodu zamiany Hagii Sophii w meczet. Pomimo zapewnień, że całe nagromadzone tam dziedzictwo wieków nadal będzie dostępne dla wszystkich, mozaiki zostały zakryte, nawy boczne odgrodzone, a na galerie nie ma wstępu.

W miejscu modlitwy panuje jarmarczny ruch i hałas, a przez wnętrze przelewają się tłumy, zachęcone darmowym wstępem do jednego z architektonicznych cudów świata. Po prawie trzech miesiącach od decyzji nikt nie rozlicza prezydenta z jego obietnic.

Nikt się już nie interesuje Hagią Sophią. Cierpi na tym wyłącznie ona.

***

Wspieraj naszego bloga – dołącz do naszych patronów i patronek: https://patronite.pl/IslamistaBlog

Chcesz napisać dla nas tekst? Skontaktuj się z nami na islamistablog@gmail.com 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s