Zdaniem Islamisty

O kim myślę, kiedy myślę o uchodźcach

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Chłopiec z Aleppo. Luty 2017. Fot. Islamista.
Co poszukujący schronienia w obcych krajach mają ze sobą wspólnego? Nic. Tylko straszne wspomnienia, złe sny i etykietkę z napisem „uchodźca”. Chociaż niektórym nie należy się nawet etykietka. Ci, którzy ją dostali, mogą być za nią co najwyżej poklepani po plecach, albo oberwać w mordę, bo dla nas jest czarna i obca.

Stoimy w przejściu między pokojem i kuchnią. Impreza jest słaba, rozmowa się nie klei. Nowopoznany mężczyzna bawiąc się pustym kieliszkiem, z mieszanką pozytywnego zaskoczenia i niepewności na twarzy przyjmuje wiadomość, że jestem arabistką. Ale widzę też błysk w oku – wreszcie pojawił jakiś punkt zaczepienia w tej nudnej rozmowie, stwierdzenie, na które można zareagować bardziej wylewnie niż tylko półuśmiechem i skinieniem głowy.

Wyciąga telefon. Po kilku minutach, gdy już sprawdził na moim Facebooku, co tak naprawdę znaczy, że ktoś jest arabistą, napełnia kieliszek i chce dopytać o „te arabskie rzeczy”. „To co myślisz o uchodźcach?” – rzuca wychylając zawartość szkła.

Słyszę, jak nagle rozmowy wokół cichną. Zdania urywają się w pół słowa. Chrupią przeskakujące kręgi szyjne, odwracają się głowy, twarze kierują się w naszą stronę. Skrzypią zawiasy opadających szczęk. Wywołano temat zaczepny. Będzie się działo.

„O których uchodźcach?” – odpowiadam spokojnie. W zalegającej ciszy mój rozmówca marszczy brwi. „Jak to o których?” – mruga nerwowo. On jest zdziwiony moim pytaniem, ja jestem zdziwiona jego zdziwieniem. Ale co mam mu odpowiedzieć? Gdy próbuję w myślach zebrać jakąś reprezentatywną grupę uchodźców, powiedzmy tylko spośród tych, których spotkałam w ostatnim roku, to mózg mi paruje. Nie da się tak.

Bo weźmy na przykład Chalida. Kiedy go spotkałam, miał 11 lat. Czekał na zupę z pomocy humanitarnej pod upalonym kikutem ostatniego drzewa we wschodnim Aleppo. Jego zielona bluza i czerwone, plastikowe wiaderko mogłyby służyć za punkt orientacyjny w mieście szarym od pyłu i czarnym od sadzy. Szczególnie, że czekał w tym samym miejscu już kolejny dzień. Dzień wcześniej zupa nie przyjechała. Tego dnia też nie było wiadomo, czy przyjedzie. Ale Chalid czekał.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Chalid. Wschodnie Aleppo, luty 2017. Fot. Islamista.

Był niby miejscowy, niby nie. Po oblężeniu Aleppo jego rodzina została przesiedlona. Matkę z młodszym rodzeństwem upchnięto w obozie dla uchodźców pod miastem. On jest za duży, nie zmieścili się razem. Mieszkał z bratem u ciotki i miał nadzieję, że wkrótce wymyślą coś lepszego i zamieszkają razem z mamą. Nie umiał czytać. Nigdy nie poszedł do szkoły. Gdyby wojna nie wybuchła, to by poszedł, jeszcze jak! Tyle słyszał o szkole. Zamiast dokumentów ma książeczkę, w której przybijają mu pieczątki, kiedy rodzina odbierze mąkę z pomocy humanitarnej. Na jej okładce widnieją trzy litery – jedyne, które Chalid rozpoznaje. IDP. Osoba wewnętrznie przesiedlona, uchodźca wewnętrzny.

Ale Chalid nie ma wiele wspólnego z sudańskimi chłopakami, których spotkałam w kościele w Damaszku. Ostatni raz widzieli dom już niemal 10 lat temu. Wtedy dom nazywał się jeszcze Sudan i nikt nie miał z tym problemu. Potem kraj się podzielił, a część, w której oni się znaleźli, nazwano Sudanem Południowym. Kiedy w 2010 roku zrobiło się tam więcej broni niż chleba, trzeba było uciekać. Wybrali Egipt. Szybko okazało się, że wybrali źle. Wyzysk, przemoc i głód egipskiej arabskiej wiosny w 2011 roku przegnały ich do Syrii. Ale i tam przywlekła się za nimi wojna. „Trzeba było zostać w Sudanie i tam umrzeć” – mówili na pożegnanie.

Ale ci Sudańczycy znowu nijak się mają do kobiecego losu. Amal poznałam w Turcji. Przypadkiem wynajęłam pokój zaraz obok tego, w którym ukrywała się od trzech tygodni. Specjalistka od literatury, poetka pisząca do szuflady, niepoprawna idealistka. Muzułmańską chustę założyła na głowę dopiero, kiedy planowała ucieczkę i musiała zakryć twarz przed fundamentalistycznymi bojownikami. Gdyby się dowiedzieli, że nie jedzie do ciotki, która ma ją wydać za mąż za pobożnego muzułmanina, tylko kieruje się w stronę muru na granicy z Turcją, pewnie odstrzelili by ją jako zdrajczynię na miejscu.

W Turcji Amal musi pozostać niewidzialna. Granicę przekroczyła nielegalnie, szuka nielegalnej pracy. Jak długo będzie musiała być przezroczysta dla lokalnych władz, żeby móc zostać w bezpiecznym miejscu?

Na wybrzeżu tureckim w okolicach miasta Çeşme, skąd pontony uchodźców wypływają do Grecji. W oddali widać wyspy greckie. Fot. Islamista.

Może będzie łatwiej powiedzieć, co myślę o uchodźcach, gdy zawężę poszukiwania do osób poznanych tylko w ostatnich miesiącach? Hamzę Polska wpuściła do siebie na razie tylko na chwilę. Po siedmiu próbach przekroczenia granicy w Terespolu, przy granicy z Białorusią, wreszcie ktoś uwierzył, że ucieka z rodziną, żeby ratować życie. On już wie, że i tak nie dostanie statusu uchodźcy. Mimo, że jego ojca torturowano w Tadżykistanie, a na Białorusi nie ma co marzyć o normalności, nikt go w Polsce nie chce.

A Milana, Czeczenka? W wakacje ją pobili, bo chodziła po Warszawie w chustce. Uciekła, żeby ratować życie przed prześladowaniami Putina, tymczasem w „wolnym świecie” też nie za bardzo da się żyć.

To może tylko uchodźcy z ostatniego miesiąca? Poznani w ostatnich tygodniach? Saleh jest Palestyńczykiem. Z czwórką dzieci przepłynął z Turcji do Grecji, resztę trasy do Niemiec przejechali autobusami. W Monachium mieszka od prawie dwóch lat, a od dwóch tygodni w tymczasowym bloku z kontenerów. Odkąd przyjechał do Niemiec przeszedł już cztery operacje kręgosłupa, a czekają go jeszcze dwie na serce. Żona z resztą dzieciaków została w Libanie. Nie stać ich było, żeby przewieźć na raz całą rodzinę.

Jego córki chodzą do niemieckiej podstawówki. Kiedyś to on tłumaczył im świat, dziś jest zupełnie na odwrót. To one wesoło szwargoczą z pracownikami socjalnymi, tłumaczą mu na arabski dokumenty z sądu i wezwania na wywiadówkę. On w tym dziwnym, miejscowym języku nie rozumie ani słowa. Czuje się w Niemczech bezpieczny, ale samotny i niemy. Próbował, chodził na obowiązkowy kurs języka, ale ma 65 lat i on się już tego szwargotania nie nauczy. Już tak zostanie – samotny i milczący.

Co oni wszyscy mają ze sobą wspólnego? Nic. Tylko straszne wspomnienia, złe sny i etykietkę z napisem „uchodźca”. Chociaż niektórym nie należy się nawet etykietka. Ci, którzy ją dostali, mogą być za nią co najwyżej poklepani po plecach, albo oberwać w mordę, bo dla nas jest czarna i obca. Dlatego bawiąc się w ręku pustym kieliszkiem nie pytaj mnie, co myślę o uchodźcach. Nie pytaj o etykietkę, stempelek na dokumentach, pismo z sądu, czarny paszport. Zapytaj o człowieka i jego historię. Wtedy porozmawiamy.

*   *   *

Tekst po raz pierwszy ukazał się w Magazynie Bronek. Nie słyszeliście o nim? Jest to dość niszowa produkcja tworzona przez uczniów, nauczycieli i absolwentów liceum, do którego miałam ogromny zaszczyt chodzić 🙂 Bardzo dziękuję ekipie redakcyjnej za to, że ciągle o mnie pamięta, choć od matury minął już szmat czasu i pracownikom szkoły, że chcą uwrażliwiać uczniów na podobne tematy. Pozdrowienia dla „Radosnej” 🙂

Reklamy

2 myśli na temat “O kim myślę, kiedy myślę o uchodźcach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s