Zdaniem Islamisty

I była miłość w Syrii, czyli w czym Aleppo naprawdę przypomina Warszawę

Untitled design
Aleppo 2017 | Warszawa 1944. Fot. Islamista. | Fot. Jerzy Tomaszewski (1979) Epizody Powstania Warszawskiego, Warsaw: Krajowa Agencja Wydawnicza via Wikipedia.
Obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w tym roku zapadną mi w pamięć częstym porównywaniem Warszawy w 1944 roku do sytuacji Aleppo z czasu oblężenia miasta. Przy okazji przemówień i późniejszych komentarzy padło wiele wspaniałych i odważnych wypowiedzi nawiązujących do solidarności z ofiarami konfliktu w Syrii. Ale muszę się przyznać, że kiedy porównuje się sytuację Aleppo do Warszawy z 1944 roku, mimowolnie się krzywię. Dlaczego?

Dla mnie zrównywanie historii tych dwóch miast jest pójściem na skróty, na które ciężko mi się zgodzić. Nie chodzi o to, że konflikt w Syrii jest łatwiejszy czy trudniejszy, mniej czy bardziej krwawy niż Powstanie Warszawskie, ale po prostu o to, że jest zupełnie inny. Aleppo stało się dla nas Warszawą ’44 nie ze względu na realne podobieństwo, ale dlatego, że nie wiemy, że są w Syrii miasta o wiele bardziej do podobne do Warszawy – miasta, z których nie zostało nic.

Z jednej strony rozumiem takie porównywania, bo one sprawiają, że rzeczywistość skomplikowanego konfliktu staje się dla nas łatwiejsza do przyswojenia. Jeśli dzięki porównaniu Warszawy do Aleppo ktoś miałby zainteresować się konfliktem w Syrii, a następnie realnie i konsekwentnie przejąć losem jego ofiar – w porządku. Ale z drugiej strony tego typu skróty myślowe skutecznie chronią nas przed wejściem głębiej w historię wojny oraz przed prawdziwym zrozumieniem jej przyczyn i skutków. Dopóki zostajemy w sferze porównań i dróg na skróty, dopóty ślizgamy się po powierzchni faktów i powielamy mity.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wschodnie Aleppo, luty 2017. Fot. Islamista.

Dlatego nie lubię porównywania Aleppo do Warszawy z 1944 roku. Jeśli jest jednak coś, co w syryjskim konflikcie przypomina mi Warszawę z okresu wojny, to są to historie o miłości. W książce „I była miłość w getcie” Marek Edelman pisze: „Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość”. Będąc w Syrii spotkałam osoby, które nie tylko wypowiadały do złudzenia podobne słowa, ale konsekwentnie je realizowały. Zarówno starzy jak i młodzi mówili, że być może to ostatni moment, aby być razem, więc trzeba być razem.

Oczywiście nie wszyscy mówili w ten sposób. Młodzi popadali w zwątpienie znacznie łatwiej niż starsi. Podobnie, kobiety miały mniej nadziei niż mężczyźni. Przy kościele Nawrócenia Świętego Pawła Madeleine prowadzi terapię dla dzieci z różnych dzielnic Damaszku. Włącza muzykę, z uśmiechem zachęca dzieci do tańca na rozgrzewkę. Po tej niby gimnastyce zaprowadzi swoją grupę na zajęcia – temat na dzisiaj to „kim jestem?”. Poprzez proste ćwiczenia, rysunki i rozmowy, spod warstwy strachu i złych wspomnień Madeleine będzie próbowała odszukać strzępki pozytywnego myślenia o sobie w 6-latkach, które nie wiedzą, jak wygląda życie bez wojny. Kiedy się urodziły, w ich mieście wszystko już stało na głowie. Gdy pytam Madeleine o to, czy sama ma rodzinę, dzieci, jej uśmiech znika, a twarz tężeje. „Nie mam i nie będę mieć ani w Syrii, ani gdziekolwiek indziej”. – mówi zaledwie 27-letnia dziewczyna. – „Nawet jeśli stąd wyjadę, to po tym co widziałam, nie będę w stanie z nikim się związać ani nikomu zaufać”.

IMG_0324
Terapia dla dzieci w Damaszku, rozgrzewka. Fot. Islamista.

Większość spotkań była jednak inna. Do domu znajomej pracowniczki Caritas Syria mieliśmy zajść tylko na chwilę, bo było po drodze. Zostaliśmy na prawie cały wieczór. Prądu nie było już od kilku godzin i wszyscy wiedzieli, że już go nie będzie. Siedzieliśmy przy trzech świeczkach ustawionych na małym stoliczku tuż obok talerzyka z barazek – cieniutkimi syryjskimi ciastkami z masy sezamowej i pistacji.

Na kanapie naprzeciwko, w płaszczach i pod kocami – syryjska zima tego roku nie rozpieszczała, było zaledwie kilka stopni – siedziało starsze małżeństwo, rodzice naszej znajomej. Ona rocznik 1943, on – 1932. Pobrali się, gdy ona miała 14, a on 27 lat. Są kuzynami i pochodzą z chrześcijańskich rodzin. Ich małżeństwo zaaranżowali rodzice. Przed ślubem tylko o sobie słyszeli. On, tylko słyszał, że ma rodzinę w Kairze, ściągnął nigdy nie widzianą narzeczoną z Egiptu na kilka dni przed ceremonią ślubną.

O okolicznościach ślubu opowiada z wyraźną dumą w głosie. „Dziś mało kto tak robi, ale kiedyś, to było normalne” – tłumaczy. Ona z nerwowym uśmiechem przyznaje, że na początku było trudno, że była tak daleko od domu, niby wśród rodziny, a jednak wśród obcych. Ale przyzwyczaiła się. On dla uspokojenia dodaje, że odkąd się pobrali, co roku w rocznicę ślubu pyta żonę, czy żyje jej się dobrze. Jeśli nie, może zawsze wrócić do domu. Ale gdzie miałaby wracać? Do Egiptu? Oboje się śmieją.

IMG_0228
Na kanapie siedziało starsze małżeństwo, rodzice naszej znajomej. Ona rocznik 1943, on – 1932. „Żeby było ładniej”, do zdjęcia zdjęli koc. Fot. Islamista.

Przez 47 lat on pracował w hucie szkła – odpowiadał za zarządzanie zespołem dekorującym butelki złotem, srebrem i platyną. Jeździł po świecie, wiele razy był w Europie, nawet w Ameryce. Ona nigdy już nie opuściła Syrii, ta podróż z Egiptu do domu męża była jej ostatnią. Czy nie ciągnęło jej w świat razem z nim? Nie, nigdy nie wyjechałaby bez dzieci. Dziś cała trójka, ich dwie córki i syn, jest już dorosła. W starym domu zostali tylko oni we dwoje i dwie jego siostry. Mieszkali tu całą wojnę i chociaż rakiety naruszyły konstrukcję domu, chcą tu zostać. Z Syrii nigdy nie wyjadą. Starych drzew się nie przesadza.

Opowiadając to wszystko trzymali się za ręce, ściśnięci blisko siebie pod jednym kocem. Kiedy zapadała cisza nasłuchiwali odgłosów z ulicy. Tej nocy było cicho, żadnych wystrzałów, żadnych nerwowych kroków na schodach. W takich czasach, tak jak wtedy w Warszawie, „ludzie lgną do siebie, bo samotność jest trudna. Miłość jest wszechogarniająca, bez niej nie można żyć. To widzi się dopiero w sytuacjach ekstremalnych.” – mówił Edelman. W takich realiach łatwiej zauważyć, jak ludzie walczą nie tylko na frontach wojny, ale i na frontach relacji. Na jednych i drugich tak samo nie wiedzą, ile zostało im czasu.

Jeśli musimy już porównywać ze sobą wojny, nie porównujmy skali nienawiści i zniszczeń. To nigdzie nie prowadzi. Cierpienie pozostaje cierpieniem, obojętnie czy w Polsce czy gdziekolwiek indziej. Tragedii – czy osobistych, czy całych narodów – nie da się ze sobą zestawić i sprawdzić, kto miał gorzej, albo kto miał tak jak my. O walczących trzeba pamiętać, ale warto szukać także tych, którzy w tym trudnym czasie próbowali przekazywać miłość, a nie karabin. I jeśli musimy sobie ułatwiać opisywanie konfliktów porównaniami, nie mówmy o tym, jak podobna jest nienawiść. Nienawiść zawsze będzie miała swoją publiczność. Mówmy o tym, jak podobna jest miłość, która i w Polsce i w Syrii potrafiła przetrwać najgorsze. Jeśli chcemy oddać sprawiedliwość wszystkim walczącym, mówmy o miłości.

Reklamy

2 thoughts on “I była miłość w Syrii, czyli w czym Aleppo naprawdę przypomina Warszawę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s