W świat! · Zdaniem Islamisty

Damaszek: skończyła się nadzieja, a nie wojna

Untitled design (2)
Matka pięcioosobowej rodziny wysiedleńców zamieszkałych w Kaszkul, dzielnicy Damaszku. Fot. Islamista.
Wyłączam budzik i jeszcze na chwilę otulam się kołdrą. Wtedy przychodzi wiadomość od Sandry: „Cały budynek się trzęsie, trzeci dzień nie wychodzimy z mieszkania. Odgłosy są przerażające.”

W Damaszku na pierwszy rzut oka życie wydaje się być łatwiejsze niż w innych rejonach Syrii – tu przynajmniej do niedawna nie toczyła się otwarta wojna. Ale niestety wojna z hukiem bombardowań wróciła do stolicy kilka dni temu.

Damaszek jest warowną twierdzą pełną żołnierzy i sprzętu wojennego, labiryntem zamkniętych ulic i posterunków z uzbrojonymi patrolami. Jest także przystanią dla przesiedleńców. Od ich napływu miasto rozrosło się tak, iż ma się wrażenie, że chorobliwie spuchło. Poprzez napływ uchodźców wewnętrznych stało się pierwszym co do liczby mieszkańców miastem Syrii. Można tu spotkać uciekinierów z niemal każdej części kraju.

Przed biurem Caritas Syria Sandra, działaczka humanitarna, pakuje do samochodowego bagażnika siatki z owocami, kurczaki, zabawki dla dzieci i worek skarpet. Na tylnym siedzeniu ląduje pudło mleka w proszku. Jedziemy do Kashkul, dzielnicy Damaszku, która nawet jeszcze przed wojną uchodziła za ubogą. Dzisiaj jest damasceńskim slumsem pozbawionym wody i prądu.

Droga, która powinna zająć dziesięć minut, ciągnie się w nieskończoność przez wszechobecne kontrole. W końcu wysiadamy przy targu. Wchodzimy do znajdującego się nieopodal nieukończonego budynku – straszą zimne, gołe pustaki i druty wystające ze ścian. Niemożliwe, że tu ktoś mieszka!

Sandra tłumaczy mi, że w Damaszku na przesiedleńców często patrzy się jak na żyłę złota – w przeludnionym mieście wynajmuje się im pustostany i za ciężkie pieniądze oddaje nieukończone, nie nadające się jeszcze do zamieszkania budynki bez drzwi i okien. Tymczasem zima nie odpuszcza.

W jednym z takich „domów”, gdzie gołe pustaki przykryto kawałkiem koca, poznajemy 5-osobową rodzinę z wiejskich okolic Rakki. Dotarli do Damaszku pieszo, zajęło im to około 5-6 dni. W drodze stracili rachubę czasu i nie byli w stanie precyzyjnie określić jak długo szli do stolicy. Mimo, że są muzułmanami, nie mogli dłużej zostać w mieście opanowanym przez tzw. Państwo Islamskie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Rodzina przesiedleńców z Rakki, zamieszkała w Damaszku. Fot. Islamista.

„Do szkół mogą tam chodzić tylko chłopcy. Dzieci są poddawane praniu mózgu i zmuszane do oglądania publicznych egzekucji”. – tłumaczy Sandra, rozdając dzieciom zabawki i skarpety. Na ręce pani domu oddaje przyniesione jedzenie, pocieszając ją, że teraz wszystko powinno być lepiej, że dzieci zostaną przyjęte do klas wyrównawczych po dłuższej przerwie w nauce.

„Popatrz na ściany”. – mówi do mnie Sandra wskazując na pustaki pokryte zasłonami, dziury na okna zasłonięte udrapowanymi kocami, do czysta wyzmiatany dywan ułożony na gołym betonie -„Mimo tego, w jakich warunkach żyje, ta kobieta próbuje zmienić to przygnębiające wnętrze w przytulny pokój. Taka jest dziś rola wszystkich kobiet w Syrii. Dawać innym zapomnieć o szpetocie i cierpieniu wojny, wprowadzać chociaż trochę piękna i ciepła”.

Przejeżdżamy do kolejnego „domu”. W zimnie, na dziurawej kanapie, staruszka przytula niepełnosprawną córkę. Oprócz niej ma też starszego syna, żonatego już Yousufa, jedynego żywiciela rodziny. Yousuf od kilku lat jest na froncie. Wraca raz na kilka tygodni, przynosi jakieś grosze z żołdu i znowu znika. Jego żona jest w ciąży, ale nie cieszy się dobrym zdrowiem.

Dopóki rodziną nie zaopiekowała się sąsiadka Rhada, staruszka z córką i ciężarną synową mieszkała w zapleśniałej piwnicy bez wody i prądu. Rhada nie tylko pomogła rodzinie przenieść się do innego miejsca. Chociaż sama jest uboga, codziennie gotuje dla wszystkich obiad, pomaga przy sprzątaniu, załatwia lekarza do ciężarnej dziewczyny.

„Co z tego, że to chrześcijanie, a ja muzułmanka. To byli biedni ludzie, którzy jak wszyscy ledwo wiązali koniec z końcem”. – Rhada obejmuje staruszkę i rozciera jej zmarznięte ręce – „Dziś to moja druga rodzina”. Na pytanie, kiedy to wszystko się skończy, kobieta ze smutkiem odpowiada, że nie wiadomo i dlatego trzeba trzymać się razem.

Untitled design (1)
Płonący Damaszek, zdjęcie zrobiono 21 marca 2017. Fot. Sandra.

Tego dnia odwiedzamy z Sandrą jeszcze kilka rodzin. Syryjczycy uśmiechają się do zdjęć, chętnie opowiadają o swoich przeżyciach, ale nie mają złudzeń – nic od nich nie zależy. Są tylko pionkami w tej grze wielkich mocarstw. Nikt nie ma nadziei, że wojna skończy się szybko, zwłaszcza teraz, kiedy medialne zainteresowanie ustało. Nadzieja na pokój zgasła w Syryjczykach, jak słabo tląca się zapałka.

„Codziennie mierzymy się z rzeczywistością, codziennie zastanawiamy się, czy wyjechać czy nie”. – kiedy Sandra opowiada o tym, jak wygląda jej własne zmaganie się z wojną, w oddali słychać wybuchy. Kiedy ostatni raz rozmawiałam z nią na żywo, odgłosy bomby były jeszcze odległe. Dziś wróciły do Damaszku na dobre, a zmęczeni, zubożeli mieszkańcy pozostali pod ostrzałem pozostawieni sami sobie.

Wojna w Syrii nie ustała. Chwilowa cisza i medialne oznaki spokoju, to tylko złudzenie. Kiedy rano wyłączam budzik i jeszcze na chwilę otulam się kołdrą, przychodzi wiadomość od Sandry: „Cały budynek się trzęsie, trzeci dzień nie wychodzimy z mieszkania. Odgłosy są przerażające.” To w bolesny sposób przypomina, że w Syrii tylko nadzieja się skończyła, a nie wojna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s