W świat!

W drodze do Damaszku

img_0784
Ulica Damaszku w ubogiej dzielnicy Kaszkul. Po lewej zamknięta witryna zakładu krawieckiego pomalowana w syryjskie barwy. Fot. Islamista.

Wsiadamy do srebrnej Toyoty na syryjskich tablicach. Wymieniamy zdawkowe powitania z kierowcą – musi czuć, że jesteśmy zdenerwowani. Kierujemy się w stronę syryjskiej granicy nie wiedząc, czy droga do Damaszku będzie najtrudniejszą czy najprostszą częścią naszej podróży.

Początek wydaje się być obiecujący. Pogoda jest dobra, kierowca raz po raz zagaduje do nas mieszanką arabskiego i angielskiego. Atmosfera powoli się rozluźnia, do granicy mamy jeszcze kawałek. Obserwując zmieniające się obrazy za oknem, myślę o Pawle z Tarsu. On też 2000 lat temu był w drodze do Damaszku. Być może miała to być dla niego zupełnie rutynowa podróż, wizyta w lokalnej synagodze. Nie spodziewał się, że droga do Damaszku zmieni całe jego życie, że porzuci wszystko, co uznawał za pewne i już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem. Dzieje Apostolskie podają, że w drodze do Damaszku temu faryzeuszowi i tępicielowi herezji ukazał się Jezus i Paweł stracił wzrok. Co czekało nas na drodze do Damaszku?

Do granicy syryjskiej dojeżdżamy nie zatrzymywani przez nikogo. Przed przejściem zatrzymujemy się jeszcze na kawę, obserwujemy jak przygraniczny handel kwitnie, pojawiają się pierwsze samochody z Syrii. Wszystko wygląda tak normalnie, że chciałoby się zapytać: „czy po drugiej stronie jakiejś umownej linii naprawdę jest wojna?”

Przystępujemy do próby przekroczenia granicy i nagle pozory normalności rozwiewają się jak smog nad Krakowem po halnym. W budynku kontroli granicznej panuje papierologia, kwitkoznawstwo i pieczątkokracja. Jednak to korupcja jest niepodzielną królową tego paszportowego bazaru. Pogięte banknoty, dolary i funty, niemal niezauważenie wędrują z rąk do rąk. Do teraz nie wiem, ile z tego, co zapłaciliśmy za wizę było ustaloną wartością przejazdu, a ile „podarunkiem” dla wąsacza w mundurze siedzącego z kamienną twarzą za brudną szybą z pleksi.

img_0783
Samochód zniszczony uderzeniem pocisku porzucony na parkingu w Damaszku. Fot. Islamista.

Z wielkiego, osmolonego portretu na ścianie na wszystko z lekkim uśmiechem spogląda Baszszar al-Asad. Z pożółkłych propagandowych plakatów zagląda celnikom przez ramię. Jego wzrok będzie nam towarzyszył wszędzie i do końca.

Wypełniamy druczki, dostajemy kolejne karteluszki, uzyskujemy potrzebne pieczątki. Przy każdym stemplu nasz kierowca wyjmuje z kieszeni pomiętą stówkę. Stówka dla pana od druczku, stówka dla pana od karteluszki, stówka dla pana od pieczątki. W końcu przejeżdżamy przez granicę, ale nie jest to moment, w którym oddychamy z ulgą. Z ulgą odetchniemy dopiero wtedy, kiedy będziemy przekraczać to przejście po raz drugi, ale w przeciwnym kierunku.

Do momentu przekroczenia granicy wszystko szło gładziutko. Od chwili, kiedy wbito nam syryjskie pieczątki w paszporty jesteśmy zatrzymywani co około 5-10 minut. Check-pointy. Kierowca nerwowo wypatruje każdej budy z syryjską flagą, staje przy każdym wojskowym aucie, przy każdej pomalowanej w syryjskie barwy beczce po ropie, przy każdym dzieciaku z papierosem i karabinem na plecach. Boi się, że ominie najmniejszy prowizoryczny posterunek.

Na check-pointach żołnierze raz machają ze znudzeniem ręką, żeby przejeżdżać, innym razem z poważną miną dopytują dokąd jadą ajanib – obcy. Raz chcą widzieć papiery, a kiedy indziej z przymilnym uśmiechem pytają czy nie mamy łyka wody albo papierosa. Wyglądają różnie, jedni szczelnie zahełmieni, inni tylko w bluzie z kapturem naciągniętym po sam nos i karabinem na ramieniu. Ostatecznie wszyscy jednak puszczają nas dalej. Czasem tylko kolejna stówka pomaga im podjąć tę decyzję.

16729510_1619073255068487_383313754052523273_n
Ulica Damaszku.

Aż po samą stolicę towarzyszą nam portrety Asada, którego od tej pory ironicznie nazywamy „kolegą” albo „bossem”. Droga usiana jest Asadami – plakatami, popiersiami, pomnikami z gipsu i metalu, sławiącymi „bossa” graffiti na murach zrujnowanych domów i posterunków. Asad ojciec, Asad syn, Asad brat, Asad ojciec z obojga synami. Baszszar stoi, Baszszar siedzi, Baszszar pod krawatem, Baszszar w mundurze polowym, Baszszar pozdrawia niewidzialne tłumy.

„Asady” będą mnie prześladować jeszcze przez kilka dni po wyjeździe z Syrii. Patrząc na plakat teatralny będę widzieć te lukrowane mordy zamiast twarzy aktorów i przecierać oczy, aby przekonać się, że to tylko przywidzenie. Im bliżej Damaszku, tym Asadów będzie więcej. W samej stolicy oznaczone jest nimi każde skrzyżowanie, każdy dom, każdy krzaczek. A jak nie Asadami, to syryjskimi flagami – miejscowi mówią, że rewolucja próbowała ustanowić swoją flagę, dlatego teraz, na znak ich porażki, wszędzie na terenach podporządkowanych rządowi widnieją „jedne słuszne barwy”.

Nagle, tuż przy wjeździe do miasta, zmieniamy samochód – do samego miasta wwiezie nas ktoś inny. Podobno tak jest bezpieczniej, tak się tu robi. Dla nas oznacza to kolejny moment niepewności. Przejeżdżając przez kolejne check-pointy wracam myślami do Pawła z Tarsu. On w drodze do Damaszku stracił wzrok. Nam jakby otwarły się oczy. Nie tylko ze zdumienia czy strachu, ale także dlatego, że dzień po dniu zaczęliśmy się dotkliwie i na własnej skórze przekonywać o tym, że Syria stała się inną planetą.

Witamy w kraju Asadów. Witamy w krainie kłamstwa.

***

Zaglądajcie na profil facebookowy Islamisty, gdzie można codziennie przeczytać kolejne fragmenty opowieści o naszej podróży do Syrii – opis tego, jak kraj wygląda, historie osób, które spotkaliśmy i podpowiedzi, co można dla nich zrobić.

Reklamy