W świat!

Julia Roberts w Indiach kontra moja wersja „Jedz, módl się, kochaj”. Cz.2.

img_20161125_163406999
Przed jedną ze świątyń we Vrindavan. Ja już pobłogosławiona. Jak widać, mała kropka na czole nie wystarczyła. Fot. Przemo.
Krótko przypomnę o co chodziło. Byłam w Indach. Ten krótki pobyt był dla mnie bardziej męczący niż miesiące w krajach arabskich. Poza tym, że nie znam się na Indiach tak bardzo jakbym chciała, ciągle też wracały do mnie sceny z pewnego taniego, hollywoodzkiego filmidła z Julią Roberts w roli głównej. Eat, Pray, Love czyli Jedz, módl się, kochaj odcisnęło się w moim mózgu całą gamą nietrafionych skojarzeń i blokujących prawdziwy obraz kraju stereotypów. Pora się z nimi rozprawić. Tym razem z tematem pray i love.

Zobacz część pierwszą tutaj!

UWAGA! Autor tego tekstu jest zupełnym dyletantem w kwestii indyjskiej kultury i wierzeń*. Jeśli znasz się na Indiach lub pomieszkałeś tam dłużej i czujesz się głęboko urażony niżej przedstawioną bezceremonialną ignorancją autora, to masz rację! Nie pozostawaj obojętny i wyraź swoje oburzenie w komentarzu!

(*Nie dotyczy indyjskich muzułmanów.)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Indyjskie święte krowy żyją ponad wszelkim prawem. Fot. Islamista.

MÓDL SIĘ!

Ewidentny dowód mojej ignorancji w kwestii hinduizmu: nigdy przez podróżą do Indii nie byłam w świątyni hinduistycznej. Nie wiedziałam od czego jest Śiwa, a od czego Wisznu, że Hanuman ma twarz małpy, a Kali naszyjnik z ludzkich głów. Dopiero w Indiach zobaczyłam na własne oczy i nauczyłam się kto jest od czego. Bez względu na to jednak w świątyniach hinduistycznych czułam się całkowicie bezwładna. Bose tłumy wiernych przepychały mnie w głąb kolejnych kolorowych świątyń, gdzie na zmianę mnie błogosławiono, wieszano na mnie wstążki i malowano coś żółtego na czole.

Będąc w Indiach odwiedziłam kilka świątyń hinduistycznych, meczet, Lotos bahaistów, świątynię Buddy oraz zamierzałam się na katolicką katedrę, ale GPS mnie zwiódł i nie trafiłam. Zdaje się, że pod względem czynnika “pray” to była najobfitsza moja wyprawa w życiu. Nigdy nie byłam w tylu świątyniach różnych religii podczas jednej wyprawy!

PB271171.jpg
Świątynia Lotosu, czyli miejsce modlitw bahaistów w Delhi. Fot. Islamista.

Do świątyni hinduistycznej może wejść każdy. Wystarczy tylko zdjąć buty, dać się profilaktycznie przeszukać (panie przeszukuje się w małej budce za zasłonką) i iść za tłumem. W środku na pielgrzymów i turystów czeka grupa śpiewających mantry, rozmodlonych wiernych, a także natychmiastowe wrażenie oczopląsu – świątynie są tak bogate! Tyle tam ołtarzy, posągów, tabliczek, malowideł i miejsc, gdzie można zostawić kwiaty i owoce!

W czasie, gdy ja w lekkim szoku wędrowałam od ołtarza do ołtarza, rozmodleni ludzie przemieszczali się ruchem robaczkowym po posadzce, polerując podłogę odświętnymi, jaskrawymi strojami. Dotykali progów świątyń, następnie przykładali dłonie do czoła, policzków, klatki piersiowej, nakładali ręce na członków swoich rodzin, błogosławili dzieci. Na wschodzie błogosławieństwo zawsze wiąże się z dotykiem.

PB281204.jpg
Pielgrzymi w świątyni hinduistycznej w Delhi. Fot. Islamista.

Ku mojemu zaskoczeniu, prawdziwym odkryciem tej wyprawy była świątynia buddyjska. Stała sobie cicha, sama, przytłoczona przez wielki kompleks hinduistyczny Chhatarpur, wbita między zakłady stolarki z bambusa, a wózki z mydłem i powidłem. Proszę sobie wejść do środka. Nikogo tam nie ma. Można zamknąć za sobą drzwi. – poradził stróż przy bramie. Bezszelestni mnisi zajmowali plastikowe, połamane krzesła wzdłuż ścian na małym, odgrodzonym od świata placu przed świątynią. Na sznurku do prania suszyły się ich ciemnopomarańczowe stroje.

Do środka nie dochodził ogłuszający ryk azjatyckiego tygrysa: zgiełk klaksonów, skrzypienie riksz, dzwonienie rowerów, niemy krzyk biedaków zajmujących każdą dziurę w chodniku. Nikt nikogo nie pchał do przodu, nie rozpychał się łokciami, nie parł całym ciałem w kierunku wyznaczonym przez zbity, czarnowłosy tłum. Samotna wyspa ciszy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W świątyni buddyjskiej cisza i spokój. Fot. Przemo.

Oczywiście nie mogłam nie pójść do meczetu. Pisałam już o tym na Facebooku, że kiedy wyjeżdżam do krajów muzułmańskich, czuję się dość pewnie i zazwyczaj bezpiecznie. Mimo, że w większości z nich trzeba mieć oczy dookoła głowy, w kraju muzułmańskim mam poczucie, że rozumiem, co się wokół mnie dzieje i to przynosi dużą pewność siebie. Ten świat, oczywiście do pewnego stopnia, jest dla mnie odkodowany.

W Indiach za to czuję się głucha i ślepa. Nie rozumiem języka. Patrząc na figury w kolejnej świątyni hinduistycznej nie wiem, czy boski ośmioręki lew chce pożreć stojącego przed nim człowieka, czy mu błogosławić. Zamawiając obiad nigdy nie wiem, czym będzie smakował (patrz część pierwsza tego tekstu). Czasem miejscowi prowadzą mnie, niemal podają mnie sobie z rąk do rąk, żeby mi coś pokazać, mieć pewność, że trafię w opowiednie miejsce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
 Jama Masjid, Delhi. Fot. Islamista.

Trafienie do chaotycznej, głośnej, brudnej dzielnicy muzułmańskiej nieopodal największego meczetu w Delhi, Jama Masjid, było ogromną ulgą. Na moment znowu wszystko było zrozumiałe, świat zrobił się jasny. Mój mózg mógł przeskoczyć na niższe obroty. Choć sama do końca w to nie wierzyłam, ale wśród muzułmanów, w meczecie, można poczuć się jak u siebie.

 

Droga Julio Roberts, ty pewnie byłaś na medytacji u jakiegoś wielkiego guru, z grupą podobnych tobie kobiet i mężczyzn szukających w życiu nie-wiadomo-czego. W tłumie, a jednak sama na swojej odblaskowo-różowej macie do jogi. Jeśli tak było i nie trafiłaś do tej małej, cichej świątyni z bezszelestnymi mnichami, gdzie nikt nie chciał pieniędzy, nie chciał znać kraju twojego pochodzenia czy nawet imienia i nie znalazłaś swojego bezpiecznego miejsca w meczecie czy aśramie, to wiele straciłaś.

KOCHAJ!

Indie to najliczniejsza demokracja świata. To nie tylko martwa statystyka, ale codzienne, żywe doświadczenie 1,3 miliarda ludzi. Ogromne, pulsujące mrowisko, które cały czas prze do przodu, przed siebie, byle szybciej. Byle być pierwszym, przed wszystkimi, wywalczyć kawałek przestrzeni, fragment nieba, trochę powietrza, odrobinę światła. Zalewa mnie wzbierająca fala ludzi obładowanych torbami, ciągnących riksze i wózki, targających za sobą krzyczące dzieci, dźwigających ciężary na barkach i głowach.

Siłą napędową tego wielkiego mrowiska, tygrysa Azji, demokratycznej wspólnoty, są ci najliczniejsi – trybiki ludzkiej machiny – wykluczeni, niekochani, ubodzy, żebracy, ludzka drobnica.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Śpiący rikszarz. Dla większości pracujących w ten sposób osób riksza jest nie tylko miejscem pracy, ale także domem. Fot. Islamista.

W tej masie, w tej nieustannej obecności kogoś drugiego, wciąż czuję na sobie czyjś wzrok. To jasne, wyróżniam się z tłumu kruczoczarnych włosów, dlatego ciągle spotykam czyjeś natarczywe, ciekawskie spojrzenie. I niby wiem, jak to jest – gdy pojawiam się w Fezie czy Maskacie, Arabowie także z otwartymi ustami lustrują mnie z góry do dołu. Ale tu jest inaczej. Do spojrzeń dochodzi nieustanny dotyk, niekończące się ocieranie, przyleganie do kogoś.

Tłum nie zatrzymuje się ani na chwilę, wciąż napiera – każdy w swoim kierunku wciąż mnie popychając, przepychając, potrącając. Każdy maleńki kawałek przestrzeni w kolejce po jedzenie, po bilet w metrze, w sklepie, przy straganie, jest automatycznie wypełniany czyimś ciałem. Wystarczy, że zrobisz głębszy wydech uwalniając szczelinę przestrzeni przed sobą i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jak z pod ziemi wyrasta w tej szczelinie Hindus. W Indiach nikt nigdy nie jest sam. A jednak każdy jest samotny ze swoim codziennym przepychaniem się z życiem, ze swoją codzienną biedą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Widok tragiczny, a jednak zupełnie codzienny w Indiach. Fot. Islamista.

Droga Julio Roberts, znowu to samo. Znowu byłaś w jakich alternatywnych Indiach, których tak naprawdę nie ma. W tym ciągłym tłumie, pod naporem spojrzeń, przecież nie można pozwolić sobie na intymność, na ciszę. Ciężko nawet o zwykłe spotkanie w codziennym zgiełku. Kobiety trzymają się razem, w metrze uciekają do wagonów “Only for women”, na ulicach są niewidzialne, ciągle w osobnych kolejkach: do kontroli osobistej, do toalety, trzymane za zasłonkami, schowane w sari.

Czy to po to, aby zapewnić sobie minimum odosobnienia w świecie męskiego natłoku czy raczej nikt im w tym męskim wiecie nie chce zrobić miejsca? O ich obecności przypomina tylko podzwanianie bransolet na rękach i stopach. A jeśli którejś z tych kobiet nie stać na bransolety i dzwoniące ozdoby lub owdowiała, więc musiała utracić te symbole małżeńskiego szczęścia – czy pozostaje niewidzialna i niesłyszana przez nikogo?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Delijska ulica. Fot. Islamista.

Jak w takim świecie sprzeczności – wielkiego tłumu i płciowej separacji – wejść w bliską, intymną relację? Droga Julio, (chyba możemy sobie już mówić na ty) nie wiem jak ty to zrobiłaś. Pewnie spałaś w pięciogwiazdkowym hotelu, gdzie nie ma tłumu, a często poza białymi twarzami nie ma tam nikogo. Żywioł tłumu ominął cię, żył swoim życiem za bramą drogiego kurortu strzeżonego przez policję.

Jedz, módl się, kochaj to tylko wytwór postkolonialnego umysłu bogatego dziewczęcia. Wybacz, Julio, ale chyba byłyśmy w dwóch różnych światach.

Reklamy

2 thoughts on “Julia Roberts w Indiach kontra moja wersja „Jedz, módl się, kochaj”. Cz.2.

  1. Dziękuję Ci za ten post. W minione wakacje zastałam moją trzynastoletnią (!!!) kuzynkę pochyloną nad „Jedz, módl się, kochaj”. Lekturę powierzono jej na zasadzie „w ogóle nie chce czytać, niech czyta cokolwiek”. Próby wytłumaczenia dlaczego TAKA lektura jest nędzna i szkodliwa spełzły na niczym, pozostało jedynie toczyć bezpardonową bekę z tych wszystkich głębokich przemyśleń i brawurowych prób poetyckich. Gdybym wtedy była bogatsza o to, co przeczytałam u Ciebie, być może niewinna dusza zostałaby ocalona 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki serdeczne! 🙂 O rany, jak na trzynastolatkę to wyjątkowo nietrafiony wybór czytelniczy… Mam nadzieję, że toczenie beki z rozmyślań ubogich duchowo bohaterów jednak poskutkowało 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s