W świat!

Julia Roberts w Indiach kontra moja wersja „Jedz, módl się, kochaj”. Cz.1.

untitled-design
Kadr z filmu Eat, Pray, Love. Fot. Pinterest.com
Kilka lat temu furorę zrobiła książka i nakręcony na jej podstawie film „Eat, Pray, Love”, czyli „Jedz, módl się, kochaj”. Rozbita i rozczarowana swoim życiem Julia Roberts ucieka przed pracą i porażką w życiu osobistym. Trafia między innymi do Indii, aby w romantycznej scenerii orientu poszukać utraconego sama-nie-wie-czego. Chyba nie rozczaruję Was, jeśli powiem, że film był fatalny. Fatalny głównie dlatego, że utrwalił we mnie i pewnie w wielu innych widzach obraz Indii, który przeminął z wiatrem tak, jak młode lata dziś dobrze już zakonserwowanej Julii Roberts. Być może takie Indie nigdy nie istniały? Mimo to postanowiłam skorzystać z tego filmowego doświadczenia i przeprowadzić mały eksperyment: jak w Indiach się je, modli i kocha?

Jak to się stało?

To była nagła, niezaplanowana wyprawa. Wszystko w niej było zupełnie nie w moim stylu. Hotele o nazwach powtarzających się w każdej stolicy zamiast przytulnych mieszkań lokalnych gospodarzy i niewidzianych od miesięcy znajomych. Angielski bufet lub indyjskie potrawy czekające od 7:00 do 10:30 w podgrzewanych naczyniach zamiast kupionego przy drodze lokalnego chleba, zagryzanego w drodze między meczetem a galerią sztuki. Dużo za duża walizka na kółkach zamiast małego plecaka i szmacianej torby, która pomieści wszystko. Sprawy do załatwienia zamiast czasu na czytanie i rozmowy. Obcy ludzie zamiast Najlepszego Towarzysza Podróży (w skrócie NTP, znany także jako Karol ❤ )

Wiem, co myślicie – pojechała na wygodnickie wakacje do Indii i jeszcze narzeka. Nic podobnego. Zawsze chciałam zobaczyć Indie. Po prostu nastąpiło pewne anomalium podróżowe, całkiem nowa dla mnie sytuacja, w której trzeba było się odnaleźć. Postanowiłam wydrzeć z tego czasu w Indiach tyle, ile tylko się dało lokalności, autentyczności, prawdy o miejscach i ludziach. Bo ile prawdy o kraju można odkryć odmaczając się na rodzynkę w hotelowym basenie pod czujnym okiem obsługi, która nie pozwoli nawet kiwnąć palcem, bo gość musi być wyręczany we wszystkim?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Islamista podbija Indie. Fot. Przemo.

Okazało się, że tej prawdy nie trzeba się tak na siłę doszukiwać i wydzierać z miejsc i ludzi. W Indiach prawda w oczy kole bardziej niż w jakimkolwiek innym miejscu, które do tej pory odwiedziłam. Nawet jeśli organizator wycieczki próbuje zwinnie przetransportować cię z klimatyzowanego hotelu pierwszej klasy do pięknego zabytku z okładki Lonely Planet i z powrotem bez kontaktu z prawdziwym życiem, to wielkie indyjskie mrowisko ubogich i analfabetów samo da o sobie znać. Z delikatnością czołgu w pełnej gotowości bojowej.

Ale wracamy do eksperymentu z Julią Roberts w tle. Oto jaki obraz Indii stworzyło mi w głowie Eat, Pray, Love i tym podobne hollywoodzkie bzdury i jak Indie same odczarowały ten obraz w ciągu zaledwie 7 dni.

UWAGA! Autor tego tekstu jest zupełnym dyletantem w kwestii indyjskiej kultury i wierzeń*. Jeśli znasz się na Indiach lub pomieszkałeś tam dłużej i czujesz się głęboko urażony niżej przedstawioną bezceremonialną ignorancją autora, to masz rację! Nie pozostawaj obojętny i wyraź swoje oburzenie w komentarzu!

(*Nie dotyczy indyjskich muzułmanów.)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Smażą się dla nas kachori w przydrożnej budzie w Agrze. Fot. Islamista.

JEDZ!

W zamierzchłych czasach, kiedy byłam młodsza i miałam cieńsze szkła w okularach, dorabiałam sobie do uczelnianego stypendium ucząc dzieci hinduskich pracowników korporacyjnych, przebywających na tymczasowym zesłaniu w Krakowie. Usiłowałam uczyć dzieciaki gry na gitarze i angielskiego, a przy okazji pomagałam nowo zamieszkałej w Polsce Hinduskiej rodzinie odnaleźć się w nowym, zimnym i obcym miejscu. Jeśli chodzi o hinduskie obyczaje, oto co zapamiętałam z tych czasów:

1. Nie dotykaj hinduistycznych ołtarzyków. Mimo, że wyglądają bardzo kolorowo i zachęcająco, jest to czyjeś miejsce modlitwy. Dotykanie lub przestawianie znajdujących się w ołtarzyku obrazków i figurek może być obraźliwe.

2. Jest tylko jedna odpowiedź na pytanie: czy chcesz posłuchać z nami muzyki albo obejrzeć musical? Ta odpowiedź to: oczywiście, ale ojej… jak już późno. Muszę iść. W Indiach funkcjonuje bardzo wiele gatunków muzycznych, a śpiewa się w bardzo wielu językach. Jednak jest to muzyka bardzo charakterystyczna – to trzeba lubić.

3. Jest tylko jedna odpowiedź na pytanie: czy zjesz z nami obiad? Ta odpowiedź to: jasne, ale naprawdę muszę już iść.

To właśnie od tego czasu przestałam być fanem kuchni indyjskiej. I nie chodzi nawet o smaki, bo niektóre kombinacje są nadzwyczaj ciekawe. Problemem jest intensywny zapach. Za każdym razem, kiedy stałam przy kuchni, gdzie gotowała się jakaś indyjska potrawa, miałam wrażenie, że powietrze chce mnie zabić.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Organizator wycieczki nalegał, aby wypić lassi przy tym straganie, ale mimo żelaznego żołądka nie skorzystałam. Chyba nie lubię, kiedy ktoś dotyka bosą stopą mojego napoju i kubka, z którego mam pić. Fot. Islamista.

Ale muszę się Wam też czymś pochwalić. Nie jest to moja zasługa. To wielki dar darmo dany i przekazywany genetycznie przez całe pokolenia rodziny od strony mamy. Mam żelazny żołądek. Jestem odporna na klątwę faraona i osławioną “odmienną florę bakteryjną wody w Azji i Afryce”. Zatem mój problem z indyjską kuchnią nie jest efektem dolegliwości. Ta wersja jedzenia po prostu mi nie podchodzi.

Poza tym bez pomocy lokalsów i bez znajomości języka w każdej restauracji czy barze w Indiach czułam się jak pijany saper ciemną nocą. Jeden niewłaściwy ruch, jedna błędna decyzja i niewinnie wyglądający sos lub placek wybuchał mi w ustach płomieniem przypraw, wypalając przełyk i odbierając czucie w dolnej wardze. Również indyjskie słodycze okazały się być grząskim gruntem. Każdy smak objawiał się w wersji ekstremalnej. Potrawy, których kosztowałam były do granic wytrzymałości ostre lub do granic wytrzymałości słodkie.

Woda, mój stały sprzymierzeniec, nie pomagała ani przy słodkich, ani przy ostrych daniach. Picie wody w Indiach jest absolutnie niezbędne, bo przy tej temperaturze łatwo się odwodnić. Ale woda lub lód w restauracyjnej szklance mogą pochodzić z kranu lub z nieznanego a podejrzanego źródła. Wtedy jej wypicie może oznaczać coś znacznie gorszego niż tylko zwykłe, krótkotrwałe zatrucie pokarmowe. Dlatego dla mnie z kuchnią indyjską jest trochę jak z tsunami – po trzęsieniu ziemi myślisz, że jest źle, ale przynajmniej to już koniec. Ale zaraz potem przychodzi wielka fala i źle zamienia się w jeszcze gorzej.

untitled-design
Moje próby polubienia indyjskiej kuchni zazwyczaj kończyły się jak powyżej. Fot. Przemo.

Druga zaskakująca dla mnie kwestia kulinarna dotyczyła herbaty. Bo z czym białemu turyście, najeźdźcy i potomkowi kolonizatorów kojarzą się Indie, perła w brytyjskiej koronie? Oczywiście, z herbatą. Jednak pragnienie znalezienia zacisznej, pachnącej ziołami herbaciarni w Delhi to tylko efekt zbiorowej halucynacji turystów z bogatego Zachodu. Ciężko jest dostać lokalnie produkowaną, liściastą herbatę, bo miejscowi takiej nie piją. A to, co czasem udaje się znaleźć w drogich sklepach jest zazwyczaj produkowane po to, żeby dopasować się do zbiorowej iluzji wytworzonej przez ruch turystyczny i wspomnienia brytyjskiej obecności na subkontynencie.

W kwestii herbaty wśród lokalsów króluje chai masala z szeleszczącej, błyszczącej torebki, koniecznie z mlekiem. Umieściłabym ją na tym samym poziomie doznań smakowych co Sagę z Biedronki. Fajne herbaciarnie są, ale to raczej miejsca, gdzie można się napić herbaty i chwilę posiedzieć. Tylko w nielicznych da się kupić puszkę z pachnącą zawartością, którą następnie można zabrać do domu. Ja na taką właśnie liściastą herbatę polowałam kilka dni i udało mi się ją dostać dopiero na kilka godzin przed wylotem. Oby była tego warta**.

untitled-design
Chai Masala z Cha Bar w Delhi i samosy z wegetariańskim nadzieniem. Fot. Islamista.

Droga Julio Roberts, nie wiem, co jadłaś, będąc w Indiach, ale coś musiałaś. W mojej głowie stworzyłaś obraz pięknej damy ubranej w zwiewne, kolorowe sari, która zachwyca się różnorodnością lokalnej kuchni i eksploruje bogaty świat indyjskiej herbaty przy okazji codziennej porannej medytacji. Próbowałam jeść samosy, kachori i wegetariańskie biriani, pani puri, papad i wiele innych. Jadłam zarówno w restauracjach jak i na ulicy, i nie wierzę, że któregoś romantycznego, ciepłego wieczoru nie usiadłaś zrezygnowana w hotelowej knajpie i nie poprosiłaś płaczliwym głosem o burgera z frytkami i pepsi. Byleby tylko nie było takie ostre i wreszcie wyglądało znajomo.

Jeśli ktoś z Was jest miłośnikiem kuchni indyjskiej lub bez trudu znalazł w Indiach doskonałą herbatę, to niech mi wybaczy. I zdradzi jeden sekret – jak to zrobiliście?!

Ciąg dalszy nastąpi.

** Herbata przywieziona z Indii dla mojego NTP okazała się wyjątkowo dobra. A więc się udało! 😀

Reklamy

9 thoughts on “Julia Roberts w Indiach kontra moja wersja „Jedz, módl się, kochaj”. Cz.1.

    1. Oj, to zdecydowanie. Chociaż w Polsce jest wielu fanów curry, to prędzej czy później się nudzi i trzeba zaryzykować coś nowego. Wtedy zaczynają się przygody jak powyżej! 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. Byłam z rodzinom w Tajlandii. Staraliśmy się każdy zawsze coś innego zamówić, żeby popróbować możliwie najwięcej rzeczy. I zawsze przynajmniej jedna osoba trafiała na coś, co miało konsystencję kleiku i posmak rosołu wymieszanego z siemieniem lnianym. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co to było i jak się nazywało właściwie 😀

        Polubione przez 1 osoba

      2. O, to doskonale rozumiesz jak wyglądały moje posiłki w Indiach! 😛 Ja za to za każdym razem, kiedy przychodziło moje zamówione danie, wypytywałam miejscowych o to, co tak naprawdę zamówiłam i z czego to jest zrobione. Czasem obsługa zapisywała mi nazwy w notesie albo powtarzali je ze mną do skutku, a czasami szukałam ich potem przez długie godziny w internecie 😛

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s