W świat!

Szkoła mistrzów chaosu #ProjektEgipt

strike-egypt-workers-graffiti-on-wall-of-mohamed-mahmoud
Dzieciaki przyglądają się ulicznym strajkom w Kairze. Fot. Jonathan Rashad via Foter.com / CC BY-NC-SA.
Egipcjanie mają tajemną, jak dla mnie zupełnie nieodgadnioną moc. Potrafią zrobić problem z niczego, a z rzeczy ważnej, decydującej o życiu, sprawę błahą i niewartą uwagi. Zrobili z Kairu górę śmieci. Kultura ruchu drogowego tu umarła, zanim jeszcze na dobre się narodziła. Społeczeństwo ma wieczną huśtawkę nastrojów – z wielkiej, rewolucyjnej euforii wpada w depresję i raz za razem wychodzi na ulicę, zupełnie świadome tego, że przy odpowiedniej wytrwałości jest w stanie zmienić rządzących w ciągu kilku dni. W kraju króluje totalny random. Ale wszystko jest ok, dopóki jest cukier i jako taka woda w kranie. Moje pytanie brzmi: jak można żyć w tym chaosie?

Bojaźń i drżenie

Zacznijmy od rzeczy małej, pozornie nie mającej wpływu na to, jak przeciętnemu Yousufowi żyje się w tym kraju. Rzecz banalna, ale powszechna – zupełny brak przywiązania do przepisów ruchu drogowego. Nie żeby od razu jakaś nienawiść do prawa czy świadoma, cyniczna próba naigrawania się z wszelkich regulacji. Nawet nie pospolita szpanerka, bo to nie jest kwestia imponowania. Raczej powszechna nonszalancja w zastosowaniu i egzekwowaniu prawa, która przeszła w nawyk, a teraz sieje postrach i śmierć.

To, w jaki sposób Egipcjanie poruszają się po swoich drogach, jest zwierciadłem miejscowej mentalności. Całą serię anegdotek w tym temacie możecie przeczytać w każdej jednej książce o Egipcie. Nie ma reportera, dziennikarza, pisarza, który mieszkał tu dłużej i nie odczuwał nieodpartego pragnienia podzielenia się z czytelnikami swoją bojaźnią i drżeniem, które przeżywał, gdy musiał przekroczyć jezdnię w jakimkolwiek egipskim mieście. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo wiele i w dobrym stylu zostało już na ten temat napisane (polecam poczytać Kalwasa). Podpowiem tylko, że prawdopodobnie wszystko, co na ten temat przeczytacie czy usłyszycie, nawet jeśli będzie wydawało się potwornie groteskowe, najpewniej będzie prawdziwe.

Światowa stolica śmieci

A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Kiedy w jakimkolwiek miejscu na Ziemi widzę, że ktoś rzuca papierek na trawę, to nie mogę zdzierżyć. Mimo wrodzonego zamiłowania do pozostawania w swoim małym, introwertycznym pudełku, muszę podejść i zwrócić uwagę, a jak pudełko nade mną zwycięży i nie podejdę – to w imię wyższego dobra sama za delikwentem ten papierek podniosę. Tymczasem w Kairze dwunastowieczne zabytki bywają aż po kopułę zakopane w śmieciach.

Wersja 2
Spacer po Mieście Umarłych. Jedyne, co było tam straszne, to sterty śmieci. Fot. Islamista.

Idziemy ulicą, starając się trzymać pobocza, bo chodnik był, ale tragicznie skończył, a kierowcy tuk-tuków (małych melekso-taksówek na trzech kółkach) pędzą jak na złamanie karku zupełnie ignorując pieszych. Wdepnięcie w niewielką kałużę nieznanego płynu zalegającego na ulicy (no, raczej nie deszczu…) oznacza, że będzie się śmierdziało starą rybą do końca dnia.

Po prawej grobowiec ważnej miejskiej postaci. Nie wchodzimy, bo przez uchylone wrota i potężne dziury w murach widać gnijące resztki jedzenia zmieszane z foliowymi workami. W śmierdzących kopach szczątek wszystkiego żerują bezdomne zwierzęta. Zdjęć z takimi scenkami można by zrobić miliony. Za to w Kairze nie wolno robić zdjęć… murom. Dlaczego? Bo jeśli mur jest gruby, to najpewniej mieszczą się za nim zabudowania wojskowe. A jak coś jest wojskowe, to jest bardziej niż święte. Prędzej wejdziesz na golasa do meczetu, niż sfotografujesz od frontu żołnierza, policjanta lub „siedzibę” któregoś z tych dwóch.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kairska cytadela. Wycinanie drzewek w słowo „Allah” nie pomaga na leżące pod nimi kupy foliowych worków. Fot. Islamista.

Do pracy, rodacy!

Po krakowsku wychodzisz sobie rano po chleb, a w Kairze… wszystko zamknięte. Jeszcze wczoraj do późna stały tu stragany z warzywami i wózek z chlebem, a dziś rano zupełnie pusto i wszystkie witryny zamknięto na głucho. Zamawiasz robotników do remontu od rana – przychodzą koło 12. Ale niektóre sklepy czynne są do 23:00 i poczynając od 23:00 klaksony osiągają maksymalną głośność.

Mało kto sumiennie wykonuje swoją pracę, czy trzyma się wyznaczonych godzin jej wykonywania. Urzędnicy państwowi i pracownicy państwowych placówek opuszczają posterunki jako pierwsi, zazwyczaj na około godzinę przed planowanym zakończeniem dnia pracy. Niektóre oddziały muzeów czy komnaty pałaców według wywieszki na drzwiach i Googli otwarte do 16:00, o 15:00 magicznie się zamykają z powodu różnorodnych awarii, zmian ekspozycji, sprzątania lub nagłych, a nieznanych okoliczności, czy też „bo Bóg tak chciał”.

Ale gdy tylko ceny idą w górę, Egipt znów nie stał się Niemcami, a gospodarka zaczyna poważnie kuleć, wszyscy jak jeden mąż wychodzą wściekli na ulicę i domagają się, aby poleciały za to te głowy, które oglądają na pierwszych stronach gazet i w wiadomościach.

Obecnie w kraju panuje kryzys cukrowy. Żarty o tym, kto nie ma cukru, a kto ma i ile, nie mają końca. Co ciekawe, w niektórych kawiarniach i restauracjach kelner powie, że „nie ma kawy” albo „skończyła się herbata” nie dlatego, że faktycznie jej zabrakło, ale dlatego, że nie wyobraża sobie podać jej bez cukru. To brak cukru postawił Kair w stan demonstracyjnej gotowości. Nie smog, śmieci, śmiertelność w wypadkach drogowych, korupcja, niski poziom opieki zdrowotnej, chroniczne dziadostwo, wieczna tymczasowość i prowizorka w rozwiązaniach dla gospodarki czy życia społecznego. Zabrakło cukru, a żywność jest droga. Igrzyska są, chleba zabrakło.

Wersja 2
Tu powinien siedzieć strażnik meczetu, pilnować czy kafirka zdjęła buty i nałożyła chustę. Ale chyba poszedł wcześniej do domu. Fot. Islamista.

Pierwsze wrażenia

Jak nie zwariować w tym chaosie? Nie wiem. Po trzech dniach w Kairze czuję się jak biblijny Jonasz, który spędził 3 dni we wnętrznościach wieloryba. Kairski wieloryb pożarł mnie, przeżuł i wypluł, pozostawił brudną, ogłuszoną, w szoku i pełnej dezorientacji. Zastanawia mnie to, czy Europejczyk mieszkający tu od lat (a jest takich garstka), ktoś, kto wsiąknął w to miejsce, kiedykolwiek zaczyna czuć się tutaj jak u siebie? Może mimo świadomości całej litanii chorób tego miejsca, w końcu rozwija w sobie syndrom sztokholmski, który pozwala zostać tu na zawsze?

Już trzeci dzień wracam do pokoju po 14 godzinach spędzonych w paszczy kairskiego wieloryba i padam na twarz zmęczona, klejąca i okryta pyłem. Ale szczęka nie może mi się domknąć z podziwu nad tym, ile wspaniałości mieści w sobie Egipt, a jednocześnie i nad tym, że to wszystko jeszcze się jakoś resztkami sił kupy trzyma. I po trzech dniach od przyjazdu wciąż jestem w egipskim transie. Jak już się otrząsnę, napiszę więcej.

 

الى اللقاء

Islamista

b612-2016-10-29-03-25-07
Na minarecie meczetu Ibn Tuluna. Wreszcie trochę ponad smogiem. Pozdro! Fot. Islamista.
Reklamy

3 thoughts on “Szkoła mistrzów chaosu #ProjektEgipt

  1. Co do ruchu drogowego – taki brak przywiązania do przepisów ruchu drogowego panuje, podobno, w całej Azji. Jak byłam w Wietnamie to ruch drogowy wywoływał we mnie właśnie mieszankę przerażenia i fascynacji. Ciekawa jestem, czy wygląda tak samo, jak w Egipcie, czy jednak czymś się różnią…
    Ale fajnie jest poczytać o życiu w Egipcie, a nie tylko o wylegiwaniu się w gwiazdkowych hotelach.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Dzięki! Przypuszczam, że w niektórych miejscach Azji może być podobnie. Chociaż Indie byłyby moim pierwszym strzałem, jeśli miałabym obstawiać, gdzie może być podobnie do Egiptu. Ciekawe, że Wietnamczycy też szaleją na drogach 🙂

      Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s